piątek, 8 lipca 2016 2 komentarze

Cały ten seks


Tym razem odsyłam Was do bloga Justyny (happyholic.pl), która ostatnio umożliwiła mi skreślenie kilku słów o języku dotykowym, który buduje intymność w relacji. 

Bardzo dziękuję Justyna za możliwość pisemnego i nie tylko współdziałania.

Bardzo dziękuję za jakże schlebiającą treść opisu mojej osoby.

Bardzo dziękuję oczywiście! za polecenie mego bloga.

Jesteś dla mnie za dobra :) i jeszcze raz dziękuję!!! za wszystko, nade wszystko za wspólny czas i zaangażowanie.

Poczytajcie! link z artykułem poniżej: 

http://www.happyholic.pl/2016/07/miosc-od-do-z-intymnosc.html
wtorek, 5 lipca 2016 0 komentarze

n o w e



Dzisiaj jest bardzo ciężki dzień. Jeden z tych najgorszych, najtrudniejszych jakie mogą dotknąć każdego z nas i to w sposób niespodziewany. Znacie to prawda? Ten moment kiedy ktoś/coś podcina Wam nawet nie skrzydła, ale nogi i zaliczacie parter. To może być moment, który miażdży nadzieję, marzenia i wiarę w ten kolejny, może ciut lepszy dzień? Rozmawiałam przed chwilą ze ‘Świerkiem’ (mym kochanym!) i zastanawiałam się na głos czy iść biegać czy coś napisać? Ona zdecydowanie powiedziała: napisz coś, w takich kiepskich chwilach jak te powstaje najlepsze słowo, najlepsze teksty. Posłuchałam więc Beaty/’Świerka’(mego kochanego!) i usiadałam przy kawie, przy rzece w mieście i wyciągnęłam komputer ze swojej torby pełnej mych gadżetów (uśmiech). Piszę…

Zanim jednak!! cokolwiek napisałam, przespacerowałam się pomiędzy milionem czasopism, magazynów i wszelakiego rodzaju literatury w księgarni, bezmyślnie spoglądając na okładki, tytuły i tym podobne. Moje oko ściągnęła wściekle żółta okładka magazynu psychologicznego, krzycząca w kierunku mojego zasmucenia wielkimi, DRUKOWANYMI, śnieżnobiałymi literami, które ułożyły się w wyświechtany slogan, pod tytułem: jak ułożyć życie od nowa? Zapytanie, które brzmi niczym żenujący truizm prawda? A owszem! 

Mimo wszystko takie właśnie pytanie nachodzi mnie przecież/akurat! od rana, a może od dawna? Ułożyć to życie inaczej, naprawdę od podstaw, od nowa? Ja osobiście nie muszę zacząć wierzyć, że można, że się da. Wiem o tym, jestem człowiekiem zmiany, zmian. Zadaje sobie to samo chyba pytanie, w inny sposób, inaczej: w jakiej dziedzinie życia potrzebuję teraz zmiany? Czy potrzebuję? Tak. Nie ma tu przestrzeni na stereotypy. Nie jestem bowiem ani za stara, ani za głupia, ani za sztywna. Wiem, że fajna zmiana wypada człowiekowi w każdym wieku i lubię też swoje egoistyczne podejście do rzeczywistości. Czuję, że potrzebuje tu techniki step by step, zatem intensywnej świadomości. Nie chcę rewolucji, nie chce życiowej metamorfozy, chociaż na mojej głowie takowa nastała (nadal nie ogarniam własnych włosów!). Wiem, że rewolucje przebiegające z niesamowitym impetem! w życiu człowieka to tak naprawdę kawałek oparty na zaprojektowanej ucieczce ku mniej lub bardziej zakamuflowanej reakcji zabezpieczającej przed tym co naprawdę wzbudza lęk… 

Chcemy nowego rozdziału w życiu? Tak, chcemy. Osobiście potrzeba mi zapalnika, inspiracji. Wyobrażam sobie że pisząc ten artykuł niepewnie/z mniejszą wiarą, ale jednak chwytam kartkę grubego papieru pomiędzy opuszki palców mej dłoni i… obracam na następną kartę! Z pewnością nie interesuje mnie sama potrzeba zmiany, potrzebna mi jest sama zmiana, namacalna i odczuwalna. Taka świadomość, wbrew pozorom jest istotna. Nie chce mówić, pisać o zmianie, zmianach – chce zmieniać, wprowadzać mniejsze i większe zmiany w swoim obecnie burzowym oceanie funkcjonowania. Nie chce być dziewczyną w złotej kurtce, która się egzystencjalnie kurwa! snuje. Chce być laską, która się wciąż inspiruje i  realizuje (uśmiech). 

Pragniemy zatem! się realizować i mieć energię małego dziecka, które posiada w sobie niesamowitą motywacje i radość z samodzielnie! zapinanego sweterka, satysfakcję z zawiązanego beztrosko, albo właśnie z troską i skupieniem!  bucika. Takie dziecko ma owszem! problem przy pierwszej sznurówce, przy tych pierwszych guzikach wspomnianego sweterka, ale gdy zrobi niezgrabną, brzydką kokardkę, zapnie krzywo, ledwo ale z jakim zaangażowaniem!  guzik, to w jego oczach maluje się to niepowtarzalne i takie banalne/proste nastawienie do życia, zadania, rzeczywistości: just do it! 

A teraz o pułapkach. A jak! (uśmiech). W dorosłości nie posiadam/nie posiadamy wyłącznie dziecięcego nastawienia do świata i otaczającej rzeczywistości, które polega na wiecznej wygranej/omnipotencji. Osobiście mam na koncie życiowym sporo błędów, porażek i brzydkich rys na życiorysie, niepowodzeń i nawet spektakularnych wywrotek, upadków. Nie mam więc zamiaru, ochoty wpadać teraz w kompulsywne resetowanie przebrzmiałej, starej wersji swojego życia i siebie. Nie chcę ogromnej mobilizacji własnego organizmu, wydatkowania pokładów energii, bo oto zaczynam WSZYSTKO od nowa. Wiem, że nowe nie skasuje starego. Nadal pozostanę ze swoim kodem genetycznym, temperamentem, nie usprawiedliwię własnych błędów przez nowość, nową kartę, która tak naprawdę nigdy nie stanie się krystalicznie, sterylnie czysta. Jeśli poszukujemy progresu, to zacznijmy wdrażać go w swoją codzienność razem z negatywnym posagiem – świadomością tego, co wymaga zmiany. To co nowe, bez świadomej analizy starego stanie się bowiem regresem. 

Nie chcę nieustannie ustawiać się na linii startu, zaczynać swoje życie od nowa i na nowo i znów od nowa. Weźmy się moi drodzy za drobiazgi, które są jakże mylnie! atakowane przez wielu, na przykład moich pacjentów, wyczekujących imponujących przemian i efektów. Doznałam kiedyś takiej ulgi gdy odkryłam, że wszak nie muszę zmieniać wszystkiego, mogę do wielu rzeczy, spraw, nawyków podejść ponownie, rozpocząć działać po prostu w inny sposób – inaczej. 

U mnie jest tak: od kliku dni biegam do nuty the absokurwalutnie niezawodnego prodigy. Trudno mnie zatrzymać, mam tyle energii. To nic nowego – biegam od lat, ale przestałam parę miesięcy temu. Wróciłam. W sobotnią noc intensywnie tańczę z Cavsem! nie do utraty tchu, nie do momentu aż zacznie mnie boleć ciało – bo nie zaczyna, szaleję do momentu aż zawodzi jakość muzyczna. Dużo spaceruje, nadaję samodzielnie jogę dynamiczną i doświadczam niesamowitej fuzji osobowości w kontakcie Zonqiem oraz Katie. Jednocześnie przeanalizowałam własne skrypty relacyjne i odkryłam okrutny bałagan wokół swojej osoby. A przecież chaos panujący wokół mnie/blisko mnie maksymalizuje chaos umysłowy, emocjonalny we mnie. Kreuje (próbuję) przestrzeń dla człowieka który był najlepszą i najgorszą osobą, którą spotkałam. Co nam się przydarzyło? ... it was the strangest wizard dream... 

Osoby które były, ale właśnie przeminęły proszę o zrozumienie i spokój. To świadome decyzje, nie dyktowane emocjonalnym wzburzeniem. Pragnę być wśród ludzi, którzy wydobywają z momentów, ze mnie samej, to co najlepsze a nie stres i rozczarowanie. I nie jestem tu samolubna.



wtorek, 14 czerwca 2016 0 komentarze

l e k k o d u c h




Od razu zaznaczę, że to nie jest wpis, post, artykuł o mniej lub bardziej wyrośniętych nastolatkach czy też dla wzburzonych buntowników. Od razu, w tym wstępie napiszę, że to będą słowa skierowane do każdego z nas – człowieka niezależnego lub jednak mniej/bardziej uzależnionego. Od kogo? Od czego? 

Cóż… do mnie trafia najczęściej człowiek z problemem, że tak powiem zewnętrznym w postaci wszelkiego rodzaju uzależnień od środków psychoaktywnych. Ale nikt nie przekracza progu gabinetu psychologicznego z pełną świadomością skąd to zewnętrzne, na przykład alkoholowe, narkotyczne, seksualne uzależnienie. Będzie więc o wewnętrznym, fundamentalnym trzonie uzależnień.  I nie będzie tutaj wyświechtanych treści i etykiet typu ‘everybody is border’, a jeśli już mówimy o tym zaburzeniu osobowości, to też warto się zastanowić, pochylić nad jego genezą tak? 

Jedziemy. 

Zastanów się teraz głębiej, bardziej, intensywniej ile w Twoim życiu było/jest/będzie momentów, okresów, sekund, w których możesz pozostać absolutnie sobą, działać tak jak chcesz, w zgodzie ze sobą. Teraz pomyśl/zauważ! czy podczas tych rozważań nie nachodzi Cię automatyczna myśl, poczucie, że są tam w tle oczekiwania kogokolwiek? Ile zatem było momentów, chwil, sytuacji, w których byłeś zmuszony do sprostania oczekiwaniom określonych osób? Ile razy pominąłeś siebie, swoje potrzeby, swobodę bycia kim chcesz? Ile było sytuacji życiowych, w których mogłeś swobodnie, naturalnie, spontanicznie, tak po prostu zachować się tak jak… chcesz? Być kim chcesz? Za mało? I może właśnie dlatego przytulił Cię alkohol? pochłonął zapach, opary, efekt marihuany? zassał kompulsywny seks? I te wszystkie zewnętrzne uzależnienia. Na nich skupia się świat, dezaprobata społeczna i wszyscy Ci, którzy tak naprawdę wpędzili Cię w szpony nałogów. I absolutnie nie chodzi tu o zrzucanie odpowiedzialności na tych, którzy skonstruowali Twój dramat, ale o świadomość, że uzależnienia zewnętrzne to czubek tych wewnętrznych w postaci posagu jaki zostawili Ci rodzice lub przeszłe wydarzenia, braki i deprywacje wszelkiego rodzaju. Twoi rodzice, przyjaciele, partnerzy życiowi będą Cię ewakuować usilnie na kolejny odwyk, który skupia się na uzależnieniu zewnętrznym, nie widząc tego całego gówna, które sami tworzą, jakie było wokół Ciebie i nadal będzie jak powrócisz z kolejnego ‘sanatorium’. Terapia wielu uzależnień zewnętrznych powinna mieć ujęcie systemowe, bo gnije cały system, często rodzinny i o tym dalej.

Zaczynamy od podstawy. Co ją stanowi? Coś mało romantycznego, coś realnego i przyziemnego – materialna podstawa, która umożliwia samodzielność, wolność i swobodę bycia. I znów wrócę do osoby rodzica – jaka ona jest, co reprezentuje w Twoim życiu? I znów podkreślmy!: broń boże nie chodzi o zrzucanie całej odpowiedzialności za uzależnienia zewnętrzne, w ogóle życiowe niepowodzenia na bliskich, na rodziców. Osoby, z którymi rozmawiam, pracuje, eksperymentuje behawioralnie (uśmiech) irytują się wręcz gdy wracam w ich obecnych trudach życiowych do okresu właśnie dzieciństwa, pojawia się tu często zdanie: przecież nie mogę o swoje niepowodzenia życiowe obwiniać rodziców!  Owszem – możesz, bo to jest Twój trzon, Twoja matryca, którą oni niegdyś wypełnili swoją postawą rodzicielską wobec Ciebie, okazywaniem lub nie bezwarunkowej miłości, akceptacji dla swojego małego wówczas dziecka. Nie chodzi jednak o to wspomniane już zrzucanie  odpowiedzialności za swoje porażki życiowe na postawy rodzicielskie. Chodzi o głębokie, wewnętrzne uzależnienie od matki i/lub ojca, które może wyniszczać dorosłe już nadal jednak dziecko. 

I pomyśl teraz, kiedy jesteś już dorosły, ale w szponach problemów/zewnętrznych uzależnień, o tych rzeczach, wydarzeniach i wyborach życiowych, których Twoi rodzice nie akceptowali, którym nigdy! nie ofiarowali własnej aprobaty, których nie pochwalali. Jest tego trochę? Czy zdecydowałeś się jednak wdrożyć własne pomysły, zamysły, zamiary, marzenia czy plany w swoje życie, także w otaczającą rzeczywistość? Czy spróbowałeś iść ścieżką artysty – humanisty zamiast zostać kolejnym lekarzem w wielopokoleniowej rodzinie medyków? Czy gdybyś to zrobił? Namalował, narzucił bliskim swoje wizje, kreacje i pomysły, sprzedał swój wytwór i zaczął się uniezależniać, to wciąż czułbyś się z tym dobrze? Jeśli odpowiadasz tu w sposób twierdzący, mówisz świadomie – tak – oznacza to Twą emocjonalną dojrzałość, dorosłość i duże prawdopodobieństwo omijania zewnętrznych uzależnień. Oczywiście największa trudność polega na tym, że mało kto wierzy w wizjonerów – artystów, którzy tak naprawdę są dyktatorami w świecie sztuki. Ale jakbyś się czuł stawiając na siebie, nie na oczekiwania bliskich? Czy już produkowałby się Twój osobisty kawałek uporu przemieszanego z gorzkim poczuciem winy?

Nigdy nie mów mi jak mam żyć, bo nie możesz za mnie umrzeć, to słowa które wychwyciłam ostatnio na blogu Volanta. Zatrzymajmy się tu nad nimi, poświęćmy im parę wersów, ok? Wyobraźmy sobie rodzinę, która posiada zaplecze, potencjał i masę możliwości, ale i lęk o przyszłość, dobro i wybory życiowe własnych dzieci. Zamiast ścieżki, w których rysują się te wybory, pierwsze ważne decyzje życiowe, pojawia się pieniądz, który jest strefą komfortu i ma chronić dziecko przed możliwością potknięcia, wywrotki nawet na łopatki i zaliczenie parteru w różnych sferach życia. Pojawia się też niestety destrukcyjny aczkolwiek doskonale zamaskowany (lub nie!) przekaz: synku, raczej nie próbuj, bo… spotka cię takie i takie rozczarowanie. Córeczko nie marz/nie startuj, bo czeka cię oto taki ból i lawina powiązanych nieszczęść. I tak oto mniej lub bardziej podprogowo synek i/lub córeczka, syn i córka są chronieni (czyli uzależniani) przed poczuciem nieszczęśliwości, jednocześnie poddając, rezygnując z masy szczęścia i satysfakcji życiowej, w którą owszem! są wplątane porażki i ból, rozczarowanie, ale i wolność. Jak kończy taki syn, taka córka – bezpiecznie i konsekwentnie programowani przez rodzicielskiego architekta? Jako jedna z osób, która wybiera strefę komfortu ponad wolność i siebie. Co dzieje się dalej? Pojawiają się używki, na które znajduje się masa pieniędzy, czasu, który nie został odpowiednio spożytkowany na rozwój osobisty narkomana, alkoholika, seksoholika, hazardzisty. 

Pozwolę sobie teraz wkleić fragment wypowiedzi Volanta, który doskonale oddaje czym jest, według mnie wewnętrzne, głębokie uzależnienie : Jeśli w podobny sposób stawiasz swój komfort fizyczny (mieszkanie, jedzenie, pieniądze) i psychiczny (brak konfliktów, potrzeba aprobaty, niechęć do walki o swoje), ponad swoją wolnością, to też jesteś materiałem na mentalnego kastrata. Ten mentalny kastrat zostanie wydelegowany na kolejne, drogie turnusy, do kolejnych ośrodków odwykowych i będą tam intensywnie pracować na jego kawałkach osobistych, związanych z poczuciem wstydu, winy oraz nieporadności życiowej. A co dzieje się z programistą problemu – na przykład rodzicem? On oczekuje. I to jest fundamentalny błąd. Projektant może zaetykietować swoje dorosłe dziecko w bordera, w życiowego wywrotowca i nadal go od siebie uzależniać takim przekonaniami, że nigdy sobie nie radził (samodzielnie) i nie poradzi, bo jest już uszkodzony. Ale dlaczego jest uszkodzenie? Skąd jest uszkodzenie? Wynika z systemu, na przykład rodzinnego. Czy można uleczyć system? Warto próbować. Rozłożyć odpowiedzialność, zrozumieć swoje dziecko – narkomana i pomóc mu wrócić do tej samej, starej ale jednak troszeczkę już innej i nowszej rzeczywistości. Innej o wsparcie, o komunikację i może z czasem wzajemne wybaczenie, swobodę? Zanim jednak uzależniony lekkoduch powróci na łono rodzinne, będzie musiał dokonać sporo pracy własnej, na tym szkodliwym kawałku wewnętrznego uzależnienia od kogoś/czegoś. 

A gdyby się udało? Czym byłoby szczęście? Brakiem dyktatury oczekiwań innych osób? Niezależnością? Namacalnym szacunkiem innego człowieka, który spojrzałby na Twój obraz i chciał go kupić za satysfakcjonujący hajs? I ten obraz byłby na tyle dobry, że mógłbyś go sprzedać? A może szczęście jest pracą, która polega na rozwożeniu wartościowego żarcia? Może szczęście ma twarz dzieci, które niczego od ciebie nie chcą, patrzą ci w twarz, w oczy i w dupie mają twoje dorosłe problemy, niczego nie oczekują? Może szczęście, to miłość i tęsknota do żony, która także tęskni za tobą gdy odchodzisz, znikasz? gdy jesteś zajęty? sobą? Może szczęście to muzyka, której możesz dać początek, tchnąć w nią siebie? 

Szczęście to twoja wolność, z którą jest przyjemnie po wspaniale, ale absolutnie nie lekko! i może właśnie dlatego świat wypełnia masa kobiet/mężczyzn, których  niemal samoistnie konstruuje strach, na których woła się odruchowo: lekkoduchy. Ale czy można ich określić mianem lekkoduchów? Wszak lekkoduch wcale nie ma lekko. Szerze powiedziawszy, ma przejebane.

Lekkoduch otwiera bliżej nieokreślony balkon, niepewnie stawia kroki, boi się zmian, boi się że spadnie z nieokreślonej wysokości. Na tymże balkonie obca kobieta ćwiczy jogę i mówi zdecydowanie, to co lekkoduch wie już od dawna - 'musisz zdecydować'. 

Co jest dziś twoją inspiracją?


 
;