poniedziałek, 19 czerwca 2017 0 komentarze

chciałam się pochwalić :)



Be jedzie po wynik egzaminu
Historię z cbt rozpoczęłam niemal w innej epoce. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Dopiero co weszłam do sali wykładowej i moim oczom ukazał się barwny sweterek Iwki. Jej stopy przywdziały (chyba) soczysto – zielone mokasyny. W tej odległej epoce, wraz z Anną uzupełniłyśmy i dostarczyłyśmy na uniwersytet  komplet mych dokumentów. Przyznaję tu, gdyby nie Ania, nie wystartowałabym w galaktykę psychoterapii.  Nie miałam wiary, że sobie poradzę. 

Be wie, że zdała rewelacyjnie!
Dziś otrzymałam wyniki bardzo ważnego, może najważniejszego egzaminu w całym procesie certyfikacji. Rezultat jakże wymagającego egzaminu napłynął wprost ze stolicy, w śnieżnobiałej kopercie, która swobodnie wylądowała w mych dłoniach, w mych palcach, które wraz z paznokciami w kolorze landrynek pośpiesznie rozdarły jej idealne brzegi. Zdałam. Zdałam perfekcyjnie. I jestem cholernie dumna z własnej wytrwałości, koncentracji, które pozwoliły mi wypełnić obszerny test wiedzą nade wszystko praktyczną, moją osobistą i prawdziwą.

Siadając w średnio wygodnej ławce z 'amerrrykańskim' pół stolikiem, biorąc do ręki plastikowy długopis i rozpoczynając umysłowe manewry na kilkuset pytaniach wiedziałam, że oto decydują się me losy zawodowe. Postanowiłam, że mam ten egzamin wypełnić, zdać samodzielnie. Nie było tam przestrzeni do ściągawek, oszustw i kombinacji. Pomyślałam: jeśli nie zdam, to oznacza, iż nie jestem gotowa do roli psychoterapeuty i powinnam uzupełnić wiedzę teoretyczną i nade wszystko kliniczną.

Postanowiłam zaprzyjaźnić się chociaż ponoć mocować z ciężarami. Wolnymi i nie tylko.  To dopiero i zaledwie wrota do nowej przygody. Myślę, że długotrwałej. Póki co odkrywam słabości swego opakowania i jego zawartości. Dowiedziałam się, jak wiele muszę odmienić w swych dotychczasowych, pozornie zdrowych i bezpiecznych nawykach życiowych, funkcjonalnych. Jak pisał Gałczyński: zachłysnęłam się (akurat treningiem!), jak wodą orzeźwiającą. Żeby było wesoło i młodo i trudno i gorąco. 

Zapoznanie :)
Paradoksy! Poczułam moc we własnej słabości. Nie wybieram się jednak ani do Jęczewa ani do Płaczewa z okazji odrzucenia mej osoby oraz uczuć na lokalne wysypisko śmieci. Wybieram się na Mądrą Siłownię! Wypełnia mnie namacalny! zamiar skatowania własnego tyłka oraz świadomego przekroczenia granic swej wytrzymałości w asyście mego trenera i potu, łez.


Bywaliście kiedyś zderzeniem dla siebie samych? Walczyło w Was stado dzikich lwów? I co nastąpiło później?

Warto przyjąć samego siebie, tak myślę. I to w pierwszej kolejności. Znalazłam w swej emocjonalnej warstwie najistotniejsze odpowiedzi. Zanim je jednak odszukałam, dokopałam się do kluczowych pytań. Czy on mnie kochał? Nie. Odpowiedź brzmi: on cię chciał. Co uczynić? Dopóki nie przyjmę siebie, nie będę w stanie nikomu siebie oddać wraz z mym dotykiem, który wyzwala poziom zaufania. Teraz już wiem. A co zatem! jest przeciwieństwem miłości? Nienawiść? Nie. Przeciwieństwem jest lęk.

Niesłusznie upuszczamy z pokładów naszej pamięci ile jesteśmy warci.







poniedziałek, 10 kwietnia 2017 0 komentarze

Ich punkty widzenia...



Ostatnimi czasy drzwi do mojego gabinetu otwierają w sposób nagminny osoby próbujące poradzić sobie ze świadomością zdrady jaka zaistniała w związku. 

Pojawiają się osoby zdradzone – pogrążane w głębokiej rozpaczy, którą przeplata wściekłość i wypełnia głęboki żal. 

Pukają osoby, które dopuściły się zdrady – pełne lęku, miotające się jeszcze żywo na kawałku poczucia winy i niepewności, niewierności. 

Z uwagi na nawracające zjawisko postanowiłam napisać coś o zdradzaniu a nade wszystko co można czynić PO zaistniałej już zdradzie… 

Zapewne zdrada stanowi zjawisko o bardzo złożonej, wielowarstwowej konstrukcji, którą na dodatek należy dopasować w sposób indywidualny do każdego człowieka, do każdego związku. W przypadku zdrady pojawia się skomplikowana ścieżka przyczyny niewierności oraz niejednoznaczna warstwa jej skutków. Co staje się wówczas najistotniejszym aspektem konstruktywnego przetrwania? Bolesny remanent relacji. Czasami rozpoczyna się on spontanicznie, czasem, często wymaga sięgnięcia po trzecią siłę z zewnątrz w postaci wsparcia terapeutycznego. Jaka jest droga skutecznego uzdrowienia, remanentu? To droga bolesnych, trudnych, najtrudniejszych, ale zawsze rozmów. Tylko rozmowa z partnerem może zaprowadzić relację, związek ku zrozumieniu i pomóc rozwojowo dokopać się do rdzenia – przyczyny oddalenia, zaistniałej zdrady, która stanowi porażkę relacyjną. 

Obowiązkiem partnera, który dotknął zdrady, dopuścił się takiego oddalenia, od niegdyś najbliżej osoby jest wzięcie aktywnego udziału w radzeniu sobie ze zgliszczami jakie prezentuje krajobraz po katastrofie w danej relacji. Czym jest ten aktywny udział? Podjęciem dialogu, który będzie zawierał potężny balast emocjonalny. O ile zdradzający powinien spojrzeć w oczy krzywdzie jakiej dał początek, o tyle zdradzony może zweryfikować sygnały, których nie dostrzegał i próbować zauważyć, podjąć próbę zrozumienia własnych, wspólnych błędów jakie popełniał/partnerzy popełniali w relacji. 

Wszyscy czynimy błędy. Nie wszyscy niestety potrafimy o nich rozmawiać, a to jest często gorsze aniżeli świadomość aktu zdrady. Nie móc pojąć dlaczego ukochany człowiek kłamał i prowadził podwójny byt przez dłuższy lub krótszy etap niby wspólnego życia. Jak ofiara zdrady ma wdrożyć proces wybaczenia jeśli nie rozumie motywów partnera, który zdradził? Jak funkcjonować po katastrofie jeśli nie można dokonać dokładnego przeglądu jej przyczyn? Przecież dialog powinien nieść kluczowe odpowiedzi i bezcenną refleksję dla nadwyrężonej więzi partnerskiej! Niemożność pochylenia się nad genezą zdrady stanowi nieludzki bicz najgorszej przemocy emocjonalnej, bo wyłącznie wspólna oraz indywidualna analiza oddalenia/zdrady daje możliwość uczuciowego remanentu i wewnętrznego uwolnienia od tej wściekłości, niesamowitego bólu i rozczarowania. Rozmowa niesie także ulgę zdradzającemu, pomaga namacalnie obniżyć intensywnie pulsujące odczucie winy, smutku i zawstydzenia, nawet pogardy do siebie samego. Należy tu posiąść odpowiedni pułap odwagi i siły celem zmierzenia się z rolą zdradzonego oraz zdradzającego. Rozmowa podsuwa zrozumienie, prowadzi do odkryć dlaczego ktoś w relacji cierpiał, dlaczego partner nie był w stanie komunikować określonych potrzeb. Dialog obnaża zaistnienie w danej relacji, na pewnym etapie destruktywnych, frustrujących gier. 

TO ROZPOCZĘCIE DIALOGU PROWADZI DO PROCESU ZABLIŹNIENIA JAKŻE GŁEBOKIEJ I BOLESNEJ RANY. Potrzebna staje się wewnętrzna dojrzałość i mądrość partnerów: ze strony zdradzonego – gotowość do wyjścia z roli skrzywdzonej ofiary, która pała siłą obwinienia (zrozumiałą), a ze strony osoby, która dopuściła się zdrady – gotowość do przyjęcia zrozumiałego gniewu osoby zdradzonej. Nie ma takiej konstruktywnej możliwości bez nawiązania dialogu. Torpedując komunikację milczeniem, wyłącznie cichą łzą, której nie towarzyszy słowo,  wytwarzamy widmo relacyjnego rozpadu, które stanowi o wiele bardziej skomplikowany akt aniżeli sama zdrada, bo brzemienny w koszty, które najbardziej boleśnie dzierżą dzieci. 

Nie warto igrać ze zdradą. To, że jest często gęsto najbardziej kusząca na świecie wiemy wszyscy. Kiedy jednak już się wydarzy, kiedy wypłynie na wierzch, wyjdzie na jaw należy podjąć rozmowę, należy i warto poszukiwać zrozumienia z jakim rodzajem zdrady mieliśmy, mamy do czynienia? Warto wiedzieć czy istnieją strategie naprawcze, które można wdrożyć celem ratowania związku.

ZDRADA NIE MUSI STANOWIĆ NIEODWRACALNEJ, TRWAŁEJ SZKODY. UCZYNI JĄ TAKĄ BRAK MOTYWACJI I ODPOWIEDNICH EMOCJI DO PODJĘCIA DIALOGU NA TEMAT PRZYCZYN JEJ ZAISTNIENIA I SKUTKÓW JAKIE NAWARSTWIŁA NA PRZYSZŁOŚĆ


sobota, 1 kwietnia 2017 0 komentarze

cleaning machine



W przejściu podziemnym, skutecznie ewakuowałyśmy się z betonowego Placu Pigal, wówczas spojrzała na mnie  Krysia, tymi swoimi wielkim, brązowymi oczami i powiedziała: porządkujesz swoje życie

Świadome porządki nie mają nic wspólnego z nadchodzącą wiosną. Towarzyszy im natomiast postanowienie, które rozpoczyna się w mej wewnętrznej akceptacji dla ludzkich wyborów.

Przełknęłam ich troszeczkę, całkiem niedawno. Mimowolnie prezentowano mi raniące decyzje, które dryfowały w kierunku mojej osoby ze strony ukochanej osoby, bliskich. Cóż mogłam/mogę zrobić? Uszanować. Przyjmowałam odrzucenie, porzucenie, odtrącenie, zniknięcie, zaniechanie, zaprzestanie, odepchnięcie i wszelkiego rodzaju relacyjne zaniedbania, które zapisywały się na kartach osobistej historii. Trochę czekałam, żyłam, płakałam. Raczej nie  walczyłam, nie walczę o kogoś/coś co powinno być po prostu fajne, miłe, piękne – swobodne.  Nie narzucałam się, nie przekonywałam, nie znałam (nie znam) nachalnej siły perswazji. Szanowałam i szanuję decyzję drugiego człowieka. Z czasem dociera do mnie, że najwyższą, najbardziej dojrzałą formę miłości stanowi  rozpad relacji. Moment, w którym pozwalamy odejść ukochanej osobie. 

I... skoro ja uszanowałam decyzje tamtych osób, z przeszłości. Pragnę aby i one, dziś szanowały moją. Jeśli ktoś powraca do mojego życia i prosi o moją atencję, to powinien zapukać, poczekać na zaproszenie i moją zgodę na kolejny udział. Bo ja się nie zgadzam na takie ponowne, powtórne wkraczanie na osobiste terytorium. Jeśli tym razem, po upływie solidnej dawki czasu, ja wypowiadam świadome NIE, proszę o uszanowanie mojej odmowy i braku zaproszenia do mego jestestwa.

Czasem jest za późno a inwentaryzacje bywają bezcenne. Był czas płonnych nadziei, oczekiwania, momenty wielkiego cierpienia. Nadszedł czas strategicznego porządkowania. Skonstatowałam, że najtrudniejsze lekcje od życia nie zjawiają się celem naprawy teraźniejszych błędów, ale eliminowania ich zaistnienia w przyszłości. 

Utracony szacunek niestety… nie powraca. W moim świecie bardzo doceniam konkretne zasady, konsekwencję i moralność (zwróćcie uwagę, że już nie czyn!). Tymczasem... doświadczyłam, że dla innych osób mogą zaistnieć oświadczenia (opakowanie) dotyczące takiej osobistej moralności, gestów, siły charakteru, czynów i konsekwencji. Kolejny raz odkryłam jak ważną rolę w życiu człowieka czyni gorzka wygoda. Słyszałam: jesteś zajebista, ale… jeszcze nie teraz.  Wiedziałam natychmiast (uśmiech), że nigdy nie usłyszę: już.

Dobra, dałam się nabrać na kompulsywny, ludzki czyn, który w swej efektowności rozmazał znaczenie k o n s e k w e n c j i, dojrzałej o d p o w i e d z i a l n o ś c i za psychofizyczny stan drugiego, często bezbronnego człowieka... 

Nie warto przyjmować uczuć używanych, ani wyczekanych a raczej przeczekanych. Fakt! W lumpeksie można wyhaczyć fajny ciuch, w stosie beznadziejnych. Jak pisze Volant: z second – handu można mieć wszystko. Tylko nie powinno się mieć stamtąd uczuć

Utraciłam szlachetny szacunek. Wtedy, wczoraj, dziś i jutro k t o ś nie wiedział czy wybrać mnie, na przyjaciela, ma miłość życia, na niezawodnego powiernika, kumpla czy bratnią duszę, może żonę. Znikali niespodziewanie. Nie szukałam, nie szukam – szanując wybory. Mogłam tylko dostosować się do zaistniałych okoliczności życiowych. Nie zawracajmy sobie serca najmniejszym, najskromniejszym wahaniem, bo ‘może’ jest szerokie i głębokie a na dodatek stanowi alternatywę słowa NIE.

Czy się użalam? Pochylam nad sobą? Rozczulam? Odrobinę (uśmiech). Celem mym nie było rozpisywanie się na temat osobistej męki emocjonalnej. Nie chcę się bać powrotów do najciemniejszych przeżyć, wspomnień. Nie widzę sensu usilnego wypierania ich z pokładów  pamięci. Przecież gdybym amputowała sobie część pamięci, która zawiera ból rozczarowania to czy moje życie byłoby jeszcze moim? Czy byłabym sobą? Akceptuję, przyjmuje siebie wielowarstwową, wielowymiarową.

Dlaczego ludzie dla których pisze znikają gdzieś bez śladu? A na pęczki rodzą się ci dla których brak mi słów… 
  
 
;