sobota, 5 sierpnia 2017 0 komentarze

licz od nowa: raz, dwa, trzy...



Przeszłam długą drogę. Wypełniły ją niesamowite twory ożywione i martwe. Dotarłam do szlachetnego spokoju. I! dlatego… podywagujemy sobie o wygodnickim lęku. 

Umiłowanie rodzą we mnie jednostki, które przepełnia strach, ale napierdalają z tym codziennym koksem. Nie dryfują na teoretyczno – wyobrażeniowej powierzchni. Nurkują w czynie, rzeczywistej/realnej! obecności – nie poznając podstępnych i czasochłonnych mielizn. Nie zawracają dupy teoretyzowaniem rzeczywistości. 

Lęk odgrodził wiele znanych mi osób od spełnienia. Wybrali świat bez głębi, przewidywalny, obeznany i oswojony – bezpieczny (imperium tchórzostwa). Starałam się zrozumieć nieustanną asekurację kilku poznanych mi osób sama podążając ścieżką, która niosła życiowe ryzyko – podając dłoń wielowarstwowym lękom, które łomotały w mym sercu i umyśle. 

Chcę powiedzieć, że dźwignęłam wiele bolesnych rozczarowań, których fala nadchodziła i uderzała nade wszystko od ludzkiego postępowania. Ból odrzucenia odbierał mi energię, zabijał wiarę w  to co lepsze, ładniejsze i rozwojowe. Lęk w relacjach pełnych syfu, perfidnego! kłamstwa stanowił mą lichą śmierć aczkolwiek potężny! i bolesny proces umierania. Wreszcie unosząc dewastujący lęk – wyrzucając go za burtę odkryłam, że on zawsze był drobniejszy, słabszy niż ja. 

Niedawno przeszłam w sposób neutralny obok ludzi, którym swojego czasu otworzyłam zbyt wiele drzwi, którym pozwoliłam też swobodnie odjeść do imperium komfortu. Żeby była jasność! Ci ludzie pojawiali się w moim życiu w sposób dobrowolny, zaciekle walczyli o moją uwagę, o mój czas i jakąkolwiek atencję w ich życiu. Pozostawałam pasywna w tych szarpanych relacjach gdyż na horyzoncie szybko malował się syf zranionej, zdradzonej kobiety poznanego człowieka. Brak szlachetnego spokoju i moje lęki (ochronne!). 

Pierwszego chłopa minęłam na deptaku, pod tytułem: 11 listopada, który tak jak nasza wyjątkowa relacja już dawno utracił okres swej świetności. Rozpoznał mnie, ale znów nie miałam ochoty na powitalne, nawet najkrótsze i niechlujnie rzucone ‘cześć’. Wróciliśmy zatem do punktu wyjścia, w którym widok mych wyćwiczonych pleców stanowił i będzie stanowić ostateczną perspektywę. 

Drugiego człowieka spotykałam w wielu mejlach i blokadach komunikacyjnych aż napotkałam jego żywy wzrok na starówce. Pomyślałam, że będąc na miejscu odwiecznego cerbera lojalnej relacji, która już dawno nie przechodziła obok miłości wybrałabym ciepły piasek na Karaibach zamiast krzesełka oddalanego od miejsca mej codziennej aktywności zawodowej o kilkadziesiąt metrów. Schlebiam sobie? Może…   Tutaj kiwnęłam delikatnie głową i zrozumiałam, że dotarłam do końca tejże relacji. Niczego już nie będzie, tylko ja pozostanę. I można tęsknić, pamiętać i nigdy nie zapominać.

Trzeci człowiek. Zwątpił we mnie. Może dlatego, że nie potrafię dryfować w kłamstwie. Może dlatego, że nie potrafiłam lekko i swobodnie snuć swego  szczęścia na bólu innej osoby. To nie jest śmieszne – to przerażająco smutne. Nienawidziłam wszechogarniających mnie lęków, a dziś kocham ich ówczesne zaistnienie, bo skutecznie chroniły przed zwycięstwem kartonowej relacji. Nie ucięłam tego tworu spektakularnie, rozstaliśmy się zwyczajnie. Po prostu.  Mam nadzieję, że umęczyłam go mą specyfiką jak nikt inny. Mymi wadami , osobistym diabłem.

Żaden z nich mnie nie pokochał.
Każdy z nich mnie ordynarnie skrzywdził.

I co?

Nic. 

Jestem w dość sporej/fajnej formie psychofizycznej. Jestem raczej radosna ze swymi wyborami, które nie szkodzą drugiej osobie. Jestem człowiekiem korzystającym z życia. Małym, niepokornym, rozdającym karty cwaniakiem.

Naturalnie nastąpił zmierzch lęków w mej głowie, które obejmowały nade wszystko dotyk i sięganie po pomoc, wsparcie od bliskiej osoby. Jestem też kruchym, wrażliwym tworem, bo lubię, bo chcę, bo mogę. Poczucie spokoju, bezpieczeństwa niesie najlepszą wersję mnie samej. Nie zajebistej, takiej po swojemu.
środa, 28 czerwca 2017 0 komentarze

Nie Jęczewo, nie Płaczewo. Siłowo!



Mamy lato. W stroju ściśle treningowym opuszczam me mieszkanie i żwawym krokiem wydostaje się na osłonecznioną ulicę w sercu miasta. Za mną kroczy córka, która wybiera się do swego przedszkola. Przejmuje ją Emdżej. Witamy się, ustalamy plan dnia, żegnamy i oddalamy do swych codziennych rzeczywistości. 

Poprawiam na mym ramieniu sportową torbę, zapuszczam muzykę w słuchawkach i zmierzam ku mądrej siłowni, w której cudownie katuje mnie moja trenerka Ania ‘nie narzekaj’ Różycka. Zanim ruszę ku treningowi, spoglądam w niebo, automatycznie mrużę oczy, marszczę czoło w rezultacie wszędobylskiego - czerwcowego słońca, biorę wdech, następnie oddaję wydech i zaczynam dzień. 

Nigdy wcześniej nie uprawiałam tego typu aktywności ruchowej, gardziłam atmosferą siłowni i zalewających ją maszyn. Nooo, ale wszak i ponoć! nawet najfajniejsza, najdłuższa podróż rozpoczyna się od tej decyzji, pierwszego kroku.

Zatem! Wpływam  na nowe wody. Nie są to łatwe momenty, wzbudzają wiele wątpliwości, niepokoju i zalewają w sposób absolutnie negatywny naszą motywację do siłowego start up – u.

Człowiek myśli, że poradzi sobie sam, patrzy na koszty treningu i na ludzi wokół siebie, którzy już solidnie wymiatają na wszelkiego rodzaju sprzętach – istna klęska urodzaju i demotywującej fali. To jak wędrówka we mgle.

Zanim! za zniechęcony nadgarstek chwyciła mnie Ania Różycka miałam już naciągnięty mięsień, który wędruje wzdłuż wewnętrznej części uda i masę błędnych przekonań na temat własnych umiejętności – mobilności i siły. Próbowałam mierzyć się z wyposażeniem siłowni podczas gdy nie panowałam nad ciężarem, pozycją własnego ciała.

Wsparcie, wiedza, doświadczenie! Ani Różyckiej otwiera mi właściwe drzwi do PRAWDZIWEGO i satysfakcjonującego treningu. Uchylając je zobaczyłam swą nadszarpniętą motywację oraz własny potencjał PSYCHOfizyczny. 

Klin na złamane serce? Żaden klin! Żadne łzy. No dobra, jeśli już mówimy o łzach, to weźmy pod mikroskop i uwagę własny POT, który obecnie s t a n o w i płacz własnej tkanki tłuszczowej.

Otoczenia zadało mi pierwsze pytanie: po co to robię? Następnie padło pytanie numer dwa: jak to robię? Naturalnie i z ciekawości.

Największa satysfakcja amatorki w średnim wieku?  

1. Świadomość, że jeden milimetr koryguje całą pozycję, doskonale chroni określoną część ciała, która powinna być absolutnie bezpieczna w danym ćwiczeniu/pozycji.

2. Świadomość prawidłowej pozycji wyjściowej do danego ćwiczenia oraz błędy, które można cudownie minimalizować, eliminować dzięki aktywnej obecności trenera personalnego (Ania wspaniale modeluje!). 


3. Namacalne poczucie adekwatnej do poziomu i możliwości początkującej osoby wytężonej! pracy tych partii mięśni, które mają być aktywizowane w danym ćwiczeniu. Świadomość intencjonalnego ruchu, wysiłku (Anna funduje trening śmierdzący profesjonalizmem i zdrowiem! Po prostu...).

Robię kilka pompek, ale poprawnie. Staram się kontrolować oddech. Robię mniej przysiadów, ale z prawidłowo ściągniętymi łopatkami, napiętym brzuchem i wypiętym prawidłowo (powiedzmy) tyłkiem. Lepiej/gorzej  kontroluję nadgarstki, kostki. Wiem jak rolować spięte punkty w mięśniach. Łapię równowagę dzięki bezcennym wskazówkom Ani – trenerki i wyczuwam własny balans, ciężar ciała. Siłuję się z satysfakcją.

PRAWIDŁOWA TECHNIKA WYKONYWANIA ĆWICZEŃ TO PODSTAWA. Nie ma tu żadnej drogi na skróty. Jeśli wydaje Ci się, że jesteś w stanie samodzielnie mocować się z ciężarami od podstaw, to jesteś w wielkim błędzie i prawdopodobnie szybko zrezygnujesz z regularnych ćwiczeń, możesz sobie zrobić krzywdę i łykać codzienną dawkę demotywacji, monotonii i zabójczych błędów, bólu. 

Ania mnie waży, mierzy, fotografuje i zleca niezbędne badania, wpływa na dietę, negatywne nawyki (nie tylko żywieniowe). Bierze pod uwagę moje indywidualne możliwości i ograniczenia.

Jest zajebistym trenerem, bo… chce być trenerem! I dziś to nade wszystko Ona! powoduje, że raduje mi się psychika na myśl, że wzrasta! mi waga i obwód uda, łapy. Chodzi oczywiście o budowanie tkanki mięśniowej.

Naprawdę WIERZĘ! iż to co teraz wydaje mi się arcytrudne, z biegiem czasu stanie się lekkim prologiem do właściwego treningu. Na moje indywidualne tempo. Nie chcę aby było łatwiej, chcę być silna.


Tekst jest stworzony z pozycji totalnego laika, który rozpoczyna swą siłową przygodę  i pragnie mieć kawał uda dla siebie, silną łapę i moc fizyczną. Ważę prawie 60 kg i czuje, że siła jest kobietą.

Anię Różycką możecie znaleźć na terenie Smart Gym, w sercu Bielska - Białej.

poniedziałek, 19 czerwca 2017 0 komentarze

chciałam się pochwalić :)



Be jedzie po wynik egzaminu
Historię z cbt rozpoczęłam niemal w innej epoce. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Dopiero co weszłam do sali wykładowej i moim oczom ukazał się barwny sweterek Iwki. Jej stopy przywdziały (chyba) soczysto – zielone mokasyny. W tej odległej epoce, wraz z Anną uzupełniłyśmy i dostarczyłyśmy na uniwersytet  komplet mych dokumentów. Przyznaję tu, gdyby nie Ania, nie wystartowałabym w galaktykę psychoterapii.  Nie miałam wiary, że sobie poradzę. 

Be wie, że zdała rewelacyjnie!
Dziś otrzymałam wyniki bardzo ważnego, może najważniejszego egzaminu w całym procesie certyfikacji. Rezultat jakże wymagającego egzaminu napłynął wprost ze stolicy, w śnieżnobiałej kopercie, która swobodnie wylądowała w mych dłoniach, w mych palcach, które wraz z paznokciami w kolorze landrynek pośpiesznie rozdarły jej idealne brzegi. Zdałam. Zdałam perfekcyjnie. I jestem cholernie dumna z własnej wytrwałości, koncentracji, które pozwoliły mi wypełnić obszerny test wiedzą nade wszystko praktyczną, moją osobistą i prawdziwą.

Siadając w średnio wygodnej ławce z 'amerrrykańskim' pół stolikiem, biorąc do ręki plastikowy długopis i rozpoczynając umysłowe manewry na kilkuset pytaniach wiedziałam, że oto decydują się me losy zawodowe. Postanowiłam, że mam ten egzamin wypełnić, zdać samodzielnie. Nie było tam przestrzeni do ściągawek, oszustw i kombinacji. Pomyślałam: jeśli nie zdam, to oznacza, iż nie jestem gotowa do roli psychoterapeuty i powinnam uzupełnić wiedzę teoretyczną i nade wszystko kliniczną.

Postanowiłam zaprzyjaźnić się chociaż ponoć mocować z ciężarami. Wolnymi i nie tylko.  To dopiero i zaledwie wrota do nowej przygody. Myślę, że długotrwałej. Póki co odkrywam słabości swego opakowania i jego zawartości. Dowiedziałam się, jak wiele muszę odmienić w swych dotychczasowych, pozornie zdrowych i bezpiecznych nawykach życiowych, funkcjonalnych. Jak pisał Gałczyński: zachłysnęłam się (akurat treningiem!), jak wodą orzeźwiającą. Żeby było wesoło i młodo i trudno i gorąco. 

Zapoznanie :)
Paradoksy! Poczułam moc we własnej słabości. Nie wybieram się jednak ani do Jęczewa ani do Płaczewa z okazji odrzucenia mej osoby oraz uczuć na lokalne wysypisko śmieci. Wybieram się na Mądrą Siłownię! Wypełnia mnie namacalny! zamiar skatowania własnego tyłka oraz świadomego przekroczenia granic swej wytrzymałości w asyście mego trenera i potu, łez.


Bywaliście kiedyś zderzeniem dla siebie samych? Walczyło w Was stado dzikich lwów? I co nastąpiło później?

Warto przyjąć samego siebie, tak myślę. I to w pierwszej kolejności. Znalazłam w swej emocjonalnej warstwie najistotniejsze odpowiedzi. Zanim je jednak odszukałam, dokopałam się do kluczowych pytań. Czy on mnie kochał? Nie. Odpowiedź brzmi: on cię chciał. Co uczynić? Dopóki nie przyjmę siebie, nie będę w stanie nikomu siebie oddać wraz z mym dotykiem, który wyzwala poziom zaufania. Teraz już wiem. A co zatem! jest przeciwieństwem miłości? Nienawiść? Nie. Przeciwieństwem jest lęk.

Niesłusznie upuszczamy z pokładów naszej pamięci ile jesteśmy warci.







 
;