środa, 13 września 2017 0 komentarze

Miłości nie tworzą uczucia, emocje, słowa, obietnice! Czymże zatem jest miłość piękna i prawdziwa?



czwartek, 24 sierpnia 2017 0 komentarze
Dziękuję za Yoyo💚
sobota, 5 sierpnia 2017 0 komentarze

licz od nowa: raz, dwa, trzy...



Przeszłam długą drogę. Wypełniły ją niesamowite twory ożywione i martwe. Dotarłam do szlachetnego spokoju. I! dlatego… podywagujemy sobie o wygodnickim lęku. 

Umiłowanie rodzą we mnie jednostki, które przepełnia strach, ale napierdalają z tym codziennym koksem. Nie dryfują na teoretyczno – wyobrażeniowej powierzchni. Nurkują w czynie, rzeczywistej/realnej! obecności – nie poznając podstępnych i czasochłonnych mielizn. Nie zawracają dupy teoretyzowaniem rzeczywistości. 

Lęk odgrodził wiele znanych mi osób od spełnienia. Wybrali świat bez głębi, przewidywalny, obeznany i oswojony – bezpieczny (imperium tchórzostwa). Starałam się zrozumieć nieustanną asekurację kilku poznanych mi osób sama podążając ścieżką, która niosła życiowe ryzyko – podając dłoń wielowarstwowym lękom, które łomotały w mym sercu i umyśle. 

Chcę powiedzieć, że dźwignęłam wiele bolesnych rozczarowań, których fala nadchodziła i uderzała nade wszystko od ludzkiego postępowania. Ból odrzucenia odbierał mi energię, zabijał wiarę w  to co lepsze, ładniejsze i rozwojowe. Lęk w relacjach pełnych syfu, perfidnego! kłamstwa stanowił mą lichą śmierć aczkolwiek potężny! i bolesny proces umierania. Wreszcie unosząc dewastujący lęk – wyrzucając go za burtę odkryłam, że on zawsze był drobniejszy, słabszy niż ja. 

Niedawno przeszłam w sposób neutralny obok ludzi, którym swojego czasu otworzyłam zbyt wiele drzwi, którym pozwoliłam też swobodnie odjeść do imperium komfortu. Żeby była jasność! Ci ludzie pojawiali się w moim życiu w sposób dobrowolny, zaciekle walczyli o moją uwagę, o mój czas i jakąkolwiek atencję w ich życiu. Pozostawałam pasywna w tych szarpanych relacjach gdyż na horyzoncie szybko malował się syf zranionej, zdradzonej kobiety poznanego człowieka. Brak szlachetnego spokoju i moje lęki (ochronne!). 

Pierwszego chłopa minęłam na deptaku, pod tytułem: 11 listopada, który tak jak nasza wyjątkowa relacja już dawno utracił okres swej świetności. Rozpoznał mnie, ale znów nie miałam ochoty na powitalne, nawet najkrótsze i niechlujnie rzucone ‘cześć’. Wróciliśmy zatem do punktu wyjścia, w którym widok mych wyćwiczonych pleców stanowił i będzie stanowić ostateczną perspektywę. 

Drugiego człowieka spotykałam w wielu mejlach i blokadach komunikacyjnych aż napotkałam jego żywy wzrok na starówce. Pomyślałam, że będąc na miejscu odwiecznego cerbera lojalnej relacji, która już dawno nie przechodziła obok miłości wybrałabym ciepły piasek na Karaibach zamiast krzesełka oddalanego od miejsca mej codziennej aktywności zawodowej o kilkadziesiąt metrów. Schlebiam sobie? Może…   Tutaj kiwnęłam delikatnie głową i zrozumiałam, że dotarłam do końca tejże relacji. Niczego już nie będzie, tylko ja pozostanę. I można tęsknić, pamiętać i nigdy nie zapominać.

Trzeci człowiek. Zwątpił we mnie. Może dlatego, że nie potrafię dryfować w kłamstwie. Może dlatego, że nie potrafiłam lekko i swobodnie snuć swego  szczęścia na bólu innej osoby. To nie jest śmieszne – to przerażająco smutne. Nienawidziłam wszechogarniających mnie lęków, a dziś kocham ich ówczesne zaistnienie, bo skutecznie chroniły przed zwycięstwem kartonowej relacji. Nie ucięłam tego tworu spektakularnie, rozstaliśmy się zwyczajnie. Po prostu.  Mam nadzieję, że umęczyłam go mą specyfiką jak nikt inny. Mymi wadami , osobistym diabłem.

Żaden z nich mnie nie pokochał.
Każdy z nich mnie ordynarnie skrzywdził.

I co?

Nic. 

Jestem w dość sporej/fajnej formie psychofizycznej. Jestem raczej radosna ze swymi wyborami, które nie szkodzą drugiej osobie. Jestem człowiekiem korzystającym z życia. Małym, niepokornym, rozdającym karty cwaniakiem.

Naturalnie nastąpił zmierzch lęków w mej głowie, które obejmowały nade wszystko dotyk i sięganie po pomoc, wsparcie od bliskiej osoby. Jestem też kruchym, wrażliwym tworem, bo lubię, bo chcę, bo mogę. Poczucie spokoju, bezpieczeństwa niesie najlepszą wersję mnie samej. Nie zajebistej, takiej po swojemu.
 
;